Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Panowie Huncwoci Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz - blog4u.pl

Panowie Huncwoci Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz

Ja, czyli Budyń

Nigdy nie byłam dobra we wstępach więc zacznę z grubej rury - jestem kolejnym, biegającym wolno fan-girlem serii przygód Harrego Pottera. Właściwie, to moja miłość zrodzona została przez filmy a nie - jak to było u większości - książki. Ów książki ruszyłam tylko raz, by zaraz je odrzucić w kąt. Nie przywykłam po prostu do czytania czegoś, czego styl pisania mi się nie podoba. Zawsze powtarzam wiązankę, która mnie strasznie żenuje, ze względu na swą budowę (będę musiała w przyszłości nad nią popracować): ''liczy się fabuła i styl też.''
Jeżeli miałabym wybrać ulubioną postać z Huncwotów, wybrałabym ich wszystkich, z pewnym pohamowaniem do Jamesa Pottera i Petera Pettigrew. Chociaż właściwie, to wzięłabym jeszcze bliźniaków Weasley, może ich młodszego brata też. Ale to, to już inna bajka jest...
Aha, i jedna, ważna informacja - nie ma punków agresywnych i punków grzecznych. Są tylko Punki, podróbki punków i Budyń, czyli Ja.
Dodaj do Ulubionych

Starsze rozdziały

    2010
    Kwiecień

    Te docenione




    I na które zwróciłam uwagę

    Na to to zawsze trza uwagę zwracać!

    Licznik odwiedzin

    Przeminęło z wiatrami Glizdy 1419 osób

Rozdział II

Czwórka roześmianych kumpli w doskonałych humorach weszła przez ogromne, żelazne drzwi do gmachu szkoły. Pchani tłumem, z którego raz po raz rzucane były w ich kierunku okrzyki powitania i zachwytu w końcu dotarli do Wielkiej Sali, gdzie mogli zająć swoje miejsca na niewygodnych ławkach. Peter z niejakim zawodem spojrzał na zawartość misek na stole, będąca teraz dla niego istną katuszą - prawdziwe żarcie zawsze pojawiało się dopiero wtedy, kiedy wujek Dumel kończył swoje kazania. A do niego było jeszcze długo, tak więc na stole stały jedynie orzeszki, paluszki, chrupki o bliżej nieokreślonych smakach i sok dyniowy, jaki podawano tylko w Hogwarcie.
- Em...Potter...cześć... - Rogacz usłyszał za swoją głową bardzo wysoki i niespokojny głosik, należący do dziewczyny. Odwrócił się od swoich rechoczących kumpli i ujrzał jedną z tych, która ''na poważnie'' uganiała się za nim od zeszłego roku. Syndy była przeciętnie niską dziewczyną o popielato brązowych włosach, sięgających mniej więcej łopatek. Zawsze były idealnie proste i zaczesane w dwa, schludne kucyki tuż za uszami z nierówno ściętą grzywką do oczu. Łapa wiele razy zwracał uwagę na to, że kiedy biegnie jej wydatne piersi podskakują jak dwie piłki, czym był niezwykle zadowolony. Nic więc dziwnego, że chłopak siedzący teraz po drugiej stronie stołu, dla zgrywu rzucił w dziewczynę zwiniętą w kulkę serwetką. Chciał zwrócić na siebie uwagę dziewczyny, w końcu to uwielbiał. Zanim zdążyła się speszyć, Syriusz przywitał się, wyprzedzając swego czekoladowoocznego kolegę:
- No cześć - skinął do niej głową i ukazał zęby w szerokim uśmiechu. Potter obdarował ją tylko lekkim uśmiechem, zdaniem ''powodzenia w szkole'' i odwrócił się z powrotem do stołu, nie chcąc mieć na starcie do czynienia z dzikimi fankami. I tak cudem było, że nie zaczepiały go w wagonie. Syndy spuściła oczy, mruknęła coś w podzięce i wróciła do swoich koleżanek, które z cichym chichotem porwały ją do stołu Puchonów.
- Jesteś zbyt oschły dla tej dziuni, przecież widać, że nie chce Cię od zaraz przelecieć - zaraz zwrócił się do niego Łapa, przeżuwając pozostałości paczki z żelkami, którą kupił w trakcie podróży. Suche wióry w miskach nie podchodziły mu tak jak Pettigrew, który pałaszował je całymi garściami.
- Odezwał się znawca - prychnął blondyn z rozbawieniem i teatralnym gestem wzniósł spojrzenie do sufitu. Potter właśnie otwierał usta, aby zarzucić równie ciętą wypowiedzą ale szybszy był Dumbledore.
- Witam Wszystkich uczniów w nowym roku szkolnym! - rozłożył szeroko ramiona. Brakowało tylko, żeby trzasnął wierzchem dłoni stojącą obok McGonagall w twarz...

 

- To samo co roku - wyraził swoją opinię Glizdogon, przeżuwając niezwykle zawzięcie zawartość swoich ust, której nie chcielibyście poznać. Leżał w pozycji półleżącej na łóżku, przystrojony już w swoją pasiastą pidżamę. - Mamy już jakieś plany na ten rok?
Zza ściany dochodził już od dobrych parunastu minut dźwięk lanej wody i raniący uszy śpiew. Pod drzwiami stał zniecierpliwiony Lunatyk z przewieszonym przez ramię bladoniebieskim ręcznikiem i przyborami toaletowymi w ręce. Po raz kolejny walnął z całej siły pięścią w drzwi, co w jego wykonaniu wyszło bardzo mizernie. Odpowiedziała mu tylko zaśpiewana głośniej jakaś sprośna piosenka o ''cyckach'' i ''dupciach''.
- Konkretnych? E, nie - Potter leżał rozwalony plackiem na łóżku w samym ręczniku, nie było mu śpieszno do przebrania się. - Podpaliłbym Filchowi ten chodzący wycior do fajek...
- Daj spokój, to będzie powtórka z zeszłego roku - drzwi wreszcie uchyliły się i szybko zamknęły. Zniknął za nimi Remus wyganiający Blacka w samych bokserkach, który jak zwykle ociągał się nawet z wychodzeniem z jakiegoś pomieszczenia. Rzucił niedbale ręcznik i dzisiejsze bokserki na wieko otwartego kufra.
- Zabierzmy Dumelowi te jego dupne krzesło - dało się słyszeć zza drzwi. Lupin mimo swego niewinnego wyglądu miał bardzo donośny głos. Zaraz potem chlusnęła woda.
- Ta, i od razu szafkę nocną i komplet kapci? I najlepiej McGonagall też - czarnowłosy pochylił się i potrzepał energicznie mokrą głową, stając między łóżkami.
- Masz brudne myśli, sierściuchu - zarechotał Peter, rzucając w Blacka jedną z wielu żelek.
- A ty paszczę - odpowiedział przed chwilą nazwany sierściuchem chłopak, spoglądając na Petera z wyuczoną srogością.
Nagle drzwi główne otworzyły się z trzaskiem a w otwartych na oścież stanął wysoki chłopak o karykaturalnie długich rękach i nogach.
- Potter, Black - spojrzał na kolejno wymienionych swoimi ciemno niebieskimi oczami - jutro o piątej macie być na boisku. - skinął stanowczo krótko ostrzyżoną głową i zniknął równie szybko, co się pojawił zamykając energicznie drzwi.
- Nawet nie powiedział dobranoc! - spostrzegł James podnosząc się na łokciach. Specjalnie mówił głośniej mając nadzieję, że Eryk Markstell (o swoją drogą dziwacznym nazwisku) usłyszy komentarz. Było to mało prawdopodobne bo chłopak mówił jak się poruszał i znając jego naturę, był już w dormitorium na ósmym piętrze. Między innymi, dzięki szybkiemu stylu bycia dostał fuchę Szukającego Gryffindoru.  Rogacz z bliżej nieokreślonych przyczyn nie przepadał za niebieskookim i był chłodny w stosunku do niego. Kumple podejrzewali, że miało to związek z pozycją Przewodniczącego drużyny, jaką w zeszłym roku Markstell dostał i z ubieganiem się o nią Pottera.

 

Tego dnia, lekcje zeszły niezwykle szybko i łatwo. Miało to związek z rozpoczęciem nauki w szkole - mijały one na omawianiu tegorocznego materiału, opanowywaniem zawartości rozdziałów w podręczniku i ze sprawami organizacyjnymi. Czwórka przyjaciół znajdowała się właśnie w piątej klasie a co z tym idzie, mieli do wybrania interesujące ich przedmioty. Wspólnie więc dobrali Obronę przed Czarną Magią, Zaklęcia, Eliksiry, Transmutację, Wróżbiarstwo i Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami. Ostatnie dwie wymienione lekcje spędzali głównie na dokuczaniu kolegom z klasy, wydurnianiu i obijaniu się. Siódmą lekcję, każdy z nich wybrał wedle własnego gustu a więc Potter postanowił, że będzie to Historia Magii, Black Mugoloznawstwo (co miało tylko podkreślić jego nierasistowskie poglądy, którymi tak bardzo różnił się z resztą rodziny), Lupin - oczywiście - Astronomia a Peter Zielarstwo, gdyż właśnie wtedy mógł zarobić lepsze oceny.

Niedługo po zajęciach dwójka z Huncwotów skierowała się na boisko, zabierając wcześniej swoje miotły. Pozostali dwaj zajęli się swoimi sprawami, w tym wypadku Remus odbył wyprawę do Biblioteki. Zaszył się w niej, siadając na jednym z wygodnych, skórzanych foteli z książką na kolanach. Oparł łokieć na podłokietniku a głowę na ręce, prawie rozpływając się w wygodnym siedzisku. Zamiast ją czytać, tylko przeglądał rozleniwiony ilustracje rozmyślając nad następną pełnią, która przydarzyć się miała pod koniec września. Ostatnią musiał przecierpieć w samotności, czego nienawidził najbardziej na świecie. Łatwiej mu po prostu byłoby być wtedy z trzema najlepszymi kumplami, niż siedzieć sam na sam z obawą, że zaraz się kogoś rozszarpie.
Wypuścił głośno powietrze nosem i odpowiedział dziewczynie, która zdążyła się już do niego odezwać.
- Słucham? - zapytał przeglądając nadal książkę udawając przy tym, że jest nią szalenie zainteresowany.
- Pytałam...co tam czytasz, Lunatyku? - powtórzyła dziewczyna, widać starała się do niego dotrzeć od dłuższego czasu. Lupina niezwykle denerwowało, kiedy właściwie obce mu osoby używały od razu przezwisk. Zawsze miał wtedy wrażenie, że druga osoba chce się za wszelką cenę zakumplować. Nie raz były sytuacje, że ktoś wręcz na siłę starał się dostać do ich paczki Huncwotów.
- Zwierzęta Mityczne Galiviego - odparł spokojnie nie podnosząc spojrzenia, pochylił tylko głowę mocniej. Wzrok nieznajomej, której jeszcze wyglądu nie poznał był wręcz namacalny.
- Ah... - kątem oka zauważył jednak, że dziewczyna przemieściła się nieco w bok i pochyliła. - To Gryf, prawda? - wskazała palcem na jedną z ilustracji, uniemożliwiając Remusowi dalsze przeglądanie książki. Miała niezwykle blade dłonie.
- Jak głosi podpis, tak, to Gryf, do tego wschodnioaustralijski - zmusił się do podniesienia głowy. Dziewczę stało nagannie blisko niego, muskając długimi, jasnymi blond włosami jego ramię i policzek. Przechylała się w jego stronę, opierając drugą dłoń na podłokietniku. Co go zdziwiło, nie patrzyła na niego tylko na starą rycinę z Gryfem. Nagle cofnęła drugą rękę i przeniosła wzrok zielonych oczu na zdezorientowanego Remusa, uśmiechając się ciepło.
- Nie lubię Gryfów - podzieliła się tą informacją, ukazując rząd białych, prostych zębów. - Coś nie tak? - dodała zaraz potem zatroskana. Lunatyk przeklął siebie samego w duchu za to, jak szybko się peszył. Często działo się to z powodów potwornie błahych, przychodzących kiedy indziej bardzo łatwo. Pokręcił energicznie głową i zaraz ją spuścił, powracając wzrokiem na Gryfa.
- Jejku, dziewczyny mają rację - strasznie szybko się rumienisz - parsknęła rozbawiona i odsunęła się chłopaka szybko rozumiejąc, co jest powodem czerwonych wypieków na jego twarzy. Nie odeszła jednak za daleko, szybko przysunęła sobie czarne krzesło i siadła. - Ale nie wiem jak masz na imię. Wołają na Ciebie ''Lunatyk'' a ja nawet nie wiem dlaczego! - pod koniec zaśmiała się serdecznie, delikatne blond loki zadrgały kiedy tylko się poruszyła.
- Na każdego mówią inaczej - wzruszył sztywno ramionami i z ociąganiem podniósł głowę ponownie, by zmierzyć się z wyglądem zewnętrznym dziewczyny. Teraz siedziała, więc Remus nie mógł sprecyzować jej wzrostu. Cały czas uśmiechała się szeroko, nogą założoną na drugą podrygiwała delikatnie a dłonie zacisnęła po bokach, na obrzeżach krzesła. Była żywa. Strasznie żywa. Chłopak wcisnął się niezauważalnie w fotel, który zaskrzypiał w proteście. Blondynka nie zdawała się jednak tym zainteresować.
- No ale zwykle są jakieś powody, prawda? - przechyliła delikatnie główkę. Boże, ile ona ma  w sobie uroku!, pomyślał spanikowany Lunatyk.
- Zwykle nie znaczy zawsze.
- Chcesz powiedzieć, że mówią tak na Ciebie bo nie było innego pomysłu?
- Coś w tym guście...
- A masz jakieś imię?
- Mam
- A jak brzmi?
Zadawała za dużo pytań, Lupin szybko sklasyfikował ją jako kolejną narwaną fankę. Jednak trochę nie pasował mu fakt, że nie rozczulała się nad nim za rogiem kiedy tylko się potykał, rumienił lub robił cokolwiek innego. Może nasłała ją jakaś inna szalona dziewczyna, zbyt nieśmiała żeby zagadać?
- Remus Lupin - mimo wszystko odpowiedział. Zdradzenie własnego imienia nie było jeszcze jakimś przestępstwem.
- Jesteś kiepski w Eliksirach - palnęła nagle. A więc była fanką, dużo o nim wiedziała chociaż...co? On?! Kiepski w Eliksirach?!
- Skąd te informacje? - od razu się ożywił, wyprostował i spojrzał na dziewczynę pewniej.
- Siedzę dwie ławki na lewo od Ciebie. Teraz pamiętam tę czuprynę - skinęła delikatnie głową potwierdzając swoje własne słowa. Remus zmarszczył czoło z trudem przypominając sobie skład uczniowski na lekcji Eliksirów. Niestety, nadaremno. Obraz sprzed wakacji był zamglony a do głowy przychodzili mu tylko Potter, Black, Pettigrew, żałosny Snape i taki jeden pokurcz, który zawsze siedział w rogu sali.
- Nie jestem kiepski w Eliksirach... - postanowił zaprzeczyć. Efekt był taki, jaki się spodziewał:
- Jesteś. Kociołek Twój i tego szatyna raz na tydzień musi eksplodować - i znowu skinęła głową. Po jej twarzy błądził chytry uśmieszek, który Lupin znał od Łapy. Miała podobny, chociaż u chłopaka wyglądało to mniej powalająco, tak przynajmniej sądził.
- O co Ci właściwie chodzi? - zapytał po chwili milczenia.
- O nic. Dlaczego pytasz?
- Ty też zadajesz dużo pytań - zauważył. Ta w odpowiedzi wzruszyła ramionami, uśmiechając się rozbrajająco i puszczając wreszcie kant krzesła.
Już na początku rozmowy zauważyła, że chłopak uśmiechał się jedynie w towarzystwie swoich kolegów. Bez nich, bywał albo speszony, albo zamyślony, albo skupiony, albo kompletnie obojętny. Elilith nienawidziła obojętności a szczególnie wobec jej osoby.
- No dobrze, nie znalazłam tego co chciałam ale na dzisiaj koniec poszukiwań. - Nagle wstała, dzięki czemu Remus mógł określić jej wzrok na średni. - Śpij dobrze, Lunatyku - posłała mu rozbawiony uśmieszek i wyszła, wcześniej odkładając niedbale krzesło na swoje miejsce. Chłopak nawet się nie powstrzymywał i wychylił, aby spojrzeć za dziewczyną. Miała długie, piękne nogi i nawet w tych obleśnych mundurkach poruszała się z gracją. Lupin wciągnął tylko głośno powietrze i opadł ciężko na fotel.

 

_____

Jak widać, akcja powoli się rozkręca. Pojawiają się postacie poboczne - w tym wypadku Syndy i Elilith. Nie wiążcie z nimi jakiś większych nadziei bo nawet ja tego nie robię XD po prostu przywołałam z pamięci moje baaaardzo stare dwie postacie (właściwie dwie z miliarda innych). Właściwie, to nie wiem dlaczego...hm. Mogą się przydać na później :d
Kurna, zapomniałam się przywitać! No to opóźnione trochę Hej, Yo, dobry wieczór, dobry dzień, dobranoc, wieczorynka leci, pozdrawiam. Pisząc tą notkę, w mojej głowie powstawały jakieś dziwne pomysły, które chcę wkrótce zrealizować w tym opowiadaniu. No to jazda! Jak się nie podobało, byłabym wdzięczna za komentarz i wskazanie powodów niepodobania! A jak na odwrót, to też możecie napisać komenta - nikt nie zabrania.
No, to dzięki za czytanie, czymta się!

EDIT: ''imiennik'' zmieniony na ''Rogacz'' i powtórzenia, tak jak radziła jedna z komentujących .:d


Głosuj (1)

Rozdział I

Wczesny poranek na stacji kolejowej King Cross i początek września, zgromadził w cudownych okolicznościach na peronie 9 i 3/4 tłum wrzeszczących bachorów, zatroskanych mamusiek, groźnych tatusiów i dwa razy tyle starszych dzieciaków (również z rodzicami). Każdy z nich wyposażony był w wózki z licznymi kuframi, skrzyniami i klatkami na różnorakie stworzenia. Panował zgiełk, wszyscy krzyczeli coś do siebie, poganiali nawzajem i ignorując zasady dobrego wychowania, przepychali jak bydło w kolejce do luku bagażowego. Później mnóstwo uścisków i całusów z matkami, ojcami, babciami, dziadkami, siostrami, braćmi, psami, kotami, świniami, kozami, kurami i bóg wie czym tam jeszcze a na koniec, grupowe ładowanie się do czerwonych wagonów.
- Łapa! Do nogi! - był to chyba jedyny krzyk w tej całej wrzawie możliwy do zrozumienia z odległości parunastu metrów. Przeciętnej budowy chłopak o czekoladowych oczach, ukrytych za szkłami okularów i ciemno brązowej czuprynie, wskoczył jednym susem do wagonu. Z lokomotywy od najbliższych pięciu minut buchała szarobłękitna para rozgrzewająca stalowe trzewia a dopiero długi, przeraźliwie wysoki gwizd maszynisty uświadomił pasażerów o odjeździe maszyny. Zaraz po rozczochranym chłopcu, do środka wskoczył inny osobnik, wyższy od niego prawie o głowę, ciemnooki i czarnowłosy, z równie rozczochranymi kłakami. Gdyby nie złapał równowagi na stopniu w porę, wyrżnąłby się ładnie o swojego kumpla, który skończyłby w magicznym sedesie.
- Grzeczny pies, reagujesz jak należy - pochwalił go tamten z rozbawieniem w głosie, kiedy już oboje stanęli w miarę stabilnie w korytarzu. Uśmiechnął się przy tym triumfalnie i poklepał czarnowłosego po głowie, który odpowiedział krótkim, zażenowanym ''szczeknięciem''.
- Już, oszczędź sobie zabawy w tresera. Chodź, znajdziemy Lunatyka i Glizdę - czarnooki tylko wskazał ruchem głowy w kierunku przedziałów i zniknął drugiemu z oczu. Pociąg ruszył.

 

- Łapa! Rogacz! Przyjaciele! - nosowy głos należał do małego, odrobinę pulchnego chłoptasia z bardzo wydatnymi przednimi zębami. Miał mysioszare włosy, o wiele krócej ostrzyżone niż pozostała trójka, które usilnie chciał zapuścić jak oni. Na drodze stawała mu jednak matka, która uważała, że wyglądał wtedy jak miotła. Trochę zadarty nos, trochę piegów jednak nie można było go przypisać do podgrupy brzydkich chłopców.
- Ta, witaj Glizda - powitał go ciepło Łapa, machając niedbale ręką w jego kierunku. Zaraz potem rzucił się na wolne fotele i rozłożył się na nich, zabierając całą przestrzeń. Jedynym zajętym w tym momencie po stronie chłopaka był fotel, na którym siedział niebieskooki, ciemny blondyn, na którego kolanach spoczywała otwarta, napoczęta książka. Zamiast ją czytać, przyglądał się właśnie swoim dwóm kumplom z widocznym zadowoleniem.
- Co tam masz, Luniaczku? - zwrócił się w jego kierunku jeden z nich, uniósł się nieco na rękach i ostentacyjnie zajrzał do książki, dotykając końcówkami czarnych włosów jej kartek.
- Sądzę, że to książka, Syriuszu Black - stwierdził właściciel ów książki i zatrzasnął ją mocno. Black w porę cofnął głowę a jego drogocenne włosy i nos nie ucierpiały. - Jak Wam minęły wakacje? - zagadnął od razu blondyn.
- Ostatnie miechy spędziłem z Jamesem, jego stara jest przezajebista - jak zwykle, pierwszy w swej odpowiedzi był nie kto inny a właśnie Syriusz ''Łapa'' Black. Niezwykle gadatliwy, żywy i otwarty na świat chłopak, uznawany wśród żeńskiej części szkoły za żywego Casanovę. Prawda była taka, że z dziewczynami wiązał się jedynie dla zgrywu, tak nieoficjalnie, jednak płeć Piękna zawsze musiała wszystko nakręcić. Black nie przejmował się tym bo lubił kiedy mówiono o nim praktycznie wszędzie, gdzie wszedł.
- Oczywiście, była przeszczęśliwa kiedy zbiłeś ten jej fioletowy wazon - parsknął z rozbawieniem James ''Rogacz'' Potter, zajmując miejsce na przeciwko blondyna. Miał długi nos, jednak i bez niego miał rzeszę fanek, wśród których uchodził za pomysłowego, towarzyskiego i trochę dzikiego rozrabiakę. Mimo szerokiego wachlarza ''oferowanych się'' dziewcząt, Potter nigdy nie był nimi szczerze zainteresowany. Zwykle bywał dla nich miły i dowcipny lecz na prawdę uważał je za męczące.
- Cicho, to nie moja wina, że ten Wasz ruski wałek do ciasta oszalał w moich rękach! - obronił się dzielnie Łapa.
- A ja byłem u Wujka Messela, no, wiecie o którego mi chodzi, ten od antykwariatu - dorzucił swoje trzy gorsze Remus ''Lunatyk'' Lupin, powoli zatracając się w książce. W przeciwieństwie do swoich dwóch kolegów, bardziej oddawał się nauce przez co właśnie on wykonywał część techniczną ich szalonych planów. Z zewnątrz wydawał się być spokojnym, nieśmiałym i trzymającym się z tyłu chłopcem, przymykającym oko na wybryki swoich kumpli. Zyskał przez to rzeszę podkochujących się w nim ''potajemnie'' dziewcząt, na siłę starających się poznać go głębiej. A przeżyłyby zawód bowiem tak na prawdę, wcale nie różnił się od Syriusza i Jamesa. Często był pomysłodawcą ich wybryków lecz rzadziej sam je wykonywał. Remus nie lubił działać w pojedynkę.
- A, a, a ja byłem w Czekoladolandii! Wiecie jaki tam jest szał? - odezwał się Peter ''Glizdogon'' Pettigrew, najmniej rzucający się w oczy z czwórki przyjaciół. Zachowywał się tak jak wyglądał - był żarłokiem posłusznie wykonującym polecenia. Dzięki temu, był niezwykle pracowitym chłopcem, który zawsze dokańczał swego zadania z zadowalającym wynikiem. Mimo swojej niezgrabności w co poniektórych dziedzinach sportu, całkiem szybko biegał, wysoko skakał i dobrze się ukrywał. Prawda była taka, że o jego wadach wewnętrznych bardzo trudno było mówić, bo ich prawie w ogóle nie było. No...i miał za sobą ustawionych trzech, przystojnych przyjaciół.

 

Za oknem zapadał mrok a we wszystkich wagonach powoli włączało się żółtawe światło. W jednym z przedziałów było głośniej niż w innych. Zza niedomkniętych drzwi dochodziły śmiechy i bliżej nieokreślone dźwięki kogoś, kto właśnie zjadł na raz kilka dźwiękowych Fasolek Bertiego Botta. Temu wszystkiemu towarzyszyły panoszące się po przedziale papierki i części szkolnych jak i dziennych ubrań.
- Dobra, zasuń ktoś zasłony bo chcę się przebrać - rzucił James, ściągając już zieloną koszulkę i ustawiając się plecami do drzwi. Glizdogon posłusznie wykonał polecenie bo wiedział, jak dziewczyny reagowały na wpół nagie ciała swoich kumpli i jak reagowali na to sami kumple (w szczególności Potter). Jego samego to denerwowało, chociażby z tego powodu, że on nie miał się czym wtedy popisać.
W ślad szatyna poszli pozostali. Maszynista już ogłaszał, że za pięć minut będą w Hogsmeade a oni jeszcze byli po cywilu. Najlepiej z nich wszystkich, umięśniony był Syriusz, który mimo lat 15 posiadał nazywany przez panienki ''kaloryferek'' na brzuchu. Potter nie odstawał od Syriusza, jednak nie posiadał wcześniej wspomnianego ośrodka grzewczego. Jeżeli chodziło o Remusa, był on raczej chudy niż umięśniony i nie można tutaj było mówić o modelowej szczupłości. Na jasnej skórze chłopaka rysowały się ślady żeber, jednak sam Remus nie był tym specjalnie przejęty. Kiedy Syriusz i James grali w Quidditcha, on siedział na trybunach wraz z Peterem. Właśnie, Peter był - jak już wcześniej wspomniałam - trochę grubiutki, co nawet nie potęgowało po ściągnięciu ubrań.
- Glizdogoooon... - chłopak usłyszał za sobą głos ubranego już Pottera i dostał w bok końcówką krawata. Zareagował lekkim podskokiem po czym spojrzał na niego z niemym pytaniem. - Zacznij grać w Quidditcha. - odpowiedział mu od razu kumpel, zakładając powoli krawat. Nigdy nie potrafił go zawiązać.
- James, dobrze wiesz, że nie potrafię utrzymać się na miotle - burknął w jego stronę, szybko zapinając guziki bluzy. Koledzy odpowiedzieli cichym chichotem, na co Glizdogon zareagował krzywym uśmiechem. Lubili się z tego faktu naśmiewać jednak chłopak wiedział, że nie robili tego złośliwie. W końcu wszyscy czworo wytarabanili się z przedziału by zaraz potem, wraz z bydłem z innych przedziałów, ruszyć do Hogsmeade.

 

_____

Rozdział trochę krótki i nudny ale jak wspomniałam w autocharakterystyce, jestem kiepska w początkach :p. Ale wiem, że na początek trzeba się przywitać. Także ten, dzień dobry, dobry wieczór, hej, yo, cześć, pozdrawiam i inne takie słowa, które znam na powitanie. Jest to moje, właściwie, pierwsze opublikowane opowiadanie, nad którym tak się staram. Piszę od dziesiątego roku życia ale jeszcze niczego się nie nauczyłam.
Jak widać, skupiałam się na razie na opisach samych postaci, których i tak znacie. Robiłam to celowo, bo chcę się nauczyć takie opisy ładnie robić. A wiadomo, człowiek pod presją (w tym wypadku publiki) stara się bardziej ;d. Od razu zapowiadam, że postaram się o to aby nie było to typowe fanowskie opowiadanie , jakie możecie znać z innych blogów czy stron. Nie wiem jeszcze na czym ma to polegać ale ciiii! >XD

Będę wdzięczna za wskazanie wszelkich błędów - interpunkcyjnych, powtórzeniowych, pierdołowych i jakich tam jeszcze chcecie, jednak jednocześnie proszę o to aby nie było to plucie ryja na lewo i prawo bo nie dla suchych kłótni piszę. Dobrze przyjmuję krytykę ale bezmózgiego darcia mordy nie trawię!XD

No, to na razie, dziękuję za przeczytanie i w ogóle :D Czymcie się i czekajcie na następny rozdział.


Głosuj (9)